poniedziałek, 01 lutego 2010
W sumie to nie bardzo chce mi się wymyślać oryginalych stwierdzeń, skoro idealnie mój punkt widzenia oddało Zczuba. Nie mamy medalu - trudno, nie zawsze się go zdobywa. Tym razem się nie udało, zważając na to, ile szczęścia mieliśmy zdobywając ostatni medal w Chorwacji, to można powiedzieć, że tym razem go zabrakło.
Teorie spiskowe jak to nas sędziowie norwescy przekręcili należy odłożyć na półkę - tak samo nie lubili nas Francuzi w meczu o brąz. Diament trenera Wenty został zarysowany w półfinale, gdy on sam dołożył cegiełkę do porażki zarabiając w najgorszym możliwym momencie żółtą kartkę. Wszyscy trenerzy szczypiorniaka to wariaci - każdy jeden skacze przy linii, Wenta ten jeden raz przesadził (i nieważne jest, że miał rację) - ja też jako kibic nieustannie jadę po sędziach przekonany, że mam rację. Ale ja jestem kibicem, mnie za to sędzia nie ukara a czy Cupić dostałby dwie minuty czy nie - i tak biegliśmy do kontry i mogło być tylko -1. Gdzie wtedy był Daniel Waszkiewicz i jego stanowcze "zamknij się"? Mały finał przegraliśmy bez finezji. Po raz kolejny mieliśmy kosmiczne problemy z inną obroną niż 6-0. To jest chyba jedyny element w grze Polaków, który trzeba poprawić - nie dajemy sobie rady z agresywną obroną przeciwników. W drugiej połowie gdyby nie Szmal to nigdy nie zeszlibyśmy nawet do różnicy 5 bramek. A jak już niemal dopadliśmy Islandczyków, to dały o sobie znać duchy z meczu z Francją i klątwa niemożności doprowadzenia do remisu, bo to bramkarz coś obronił, albo coś zgubiliśmy, albo jakiś dziwny faul... Ale - tak jak napisało zczuba - szacunek jest. Zrobiliśmy najlepszy wynik w historii ME. Awansowaliśmy na MŚ. Zdmuchnęliśmy po drodze kilka ekip, które nam mocno zalazły za skórę - Niemców, Szwedów, Hiszpanów. Kilka innych okazało się lepszych, ale na nie niech przyjdzie pora za rok, albo najlepiej za dwa. To wciąż monilityczna ekipa, która z trenerem jest na Ty i po zwycięstwie chodzi razem na piwo, w której nie ma "ja", tylko "my". Która jeszcze nie raz przywiezie nam medal z dużej imprezy. Która wciąż jest absolutną światową czołówką i nie widać, żeby miała z niej zniknąć.
piątek, 29 stycznia 2010
Żeby tak słodko nie było kilka łyżek dziegciu, coby panów przywołać do pionu.
Zagraliśmy drugi z rzędu kiepski mecz. O ile jeden się może zdarzyć, to dwa już nie mają po prostu prawa. W ataku znowu przytrafiały się głupie straty (och Karol...), bezsensowne rzuty na siłę (tak Krzysiu, to do Ciebie) i niewykorzystanych kilka kontrataków. W obronie przede wszystkim zabrakło koncentracji, potem koncentracji a dopiero potem Siódmiaka. Kary karami, ale żeby piłek nie łapać, to już przesada. A że wynik ciut niższy niż z Czechami to już tylko zasługa Szmala, który znowu bronił na swoim normalnym poziomie a i Wyszomirski sporo dołożył. Nie jest żadnym tłumaczeniem brak stawki w tym meczu. Zdaje się, że to dwa dni temu myśmy musieli a Czesi chcieli. Wczoraj myśmy byli Czechami, to znaczy powinniśmy być, ale byliśmy gdzieś na wakacjach. Z mistrzami olimpijskimi i mistrzami świata nie można być w 99% na boisku, bo kończy się to tak jak się skończyło. Marnym pocieszeniem jest bezpośredni awans na MŚ. Gorzej, że w tendencji spadkowej przystępujemy do półfinału, żeby odbić sobie półfinał z Zagrzebia AD2009. Radzenie sobie w obronie z pojedynczą gwiazdą przetestowaliśmy dość nieudanie na Jisze a Balić to jest bardzo bardziejsza bajka. W dodatku kumpli ma lepszych. Musimy przypomnieć sobie mecze z Niemcami czy Hiszpanią. Musimy grać skoncentrowani na 100% i wiedzieć, że jesteśmy lepsi. Tylko z takim nastawieniem ten mecz można wygrać.Czy trener Wenta znowu ma pytać "po co my gramy?" Siatkarze w 2006 roku zostali wicemistrzami świata a w 2009 mistrzami Europy.
środa, 27 stycznia 2010
Sztuką jest wygrać jak nie idzie. Sztuką jest wygrać mecz, który trzeba wygrać a nie tylko można. A nagrodą jest niemal pewny medal mistrzostw Europy.
Sztuką jest wygrać, gdy Twojego zawodnika lekarz zszywa do kupy na ławce po tym, jak zarobił kolanem w głowę. Sztuką jest wygrać, gdy spokojnie już niby prowadząc w końcówce Twoja drużyna traci trzy głupie piłki z rzędu i dostaje trzy kontry, po których właśnie przestała spokojnie wygrywać, a nawet w ogóle wygrywać. Sztuką jest wygrać dając sobie rzucić 34 bramki. Sztuką jest wygrać, gdy Twój bramkarz potrzebuje soli trzeźwiących, żeby coś w ogóle obronić. Sztuką jest wygrać, gdy najsprawiedliwszym wynikiem byłby remis. Sztuką jest mieć piłkę w ostatniej akcji i potrafić jej nie zgubić. Sztuką jest mieć trenera, który ma nosa do rotacji. Sztuką jest mieć zespół w sporcie zespołowym. Polska reprezentacja to zaprawdę mecenasowie sztuki. Jeśli wyjedziemy z tych mistrzostw bez medalu, będzie to prawdziwe pokrzywdzenie przez los. Ilość serca jaką wkładają Polacy w mecze jest niemierzalna. A wszystko wskazuje na to, że w półfinale będzie okazja do rewanżu za Zagrzeb albo Pekin. Jedna czy druga - obie zemsty będą smakować wyśmienicie, a wcale nie jest powiedziane, że nie da się załatwić jeszcze w tym turnieju obu. Już poradziliśmy sobie z Hiszpanami, czemu nie kontynuować tej serii? Brawo panowie, po prostu brawo. Czeka nas teraz mecz "na luzie". Teraz to Francuzi muszą wygrać a my tylko możemy. Ciekawe jak nam wyjdzie mecz z najmniejszym dotychczas napięciem ale i z najmocniejszym przeciwnikiem na tym turnieju. Czy zajmiemy pierwszy czy drugie miejsce nie ma znaczenia. Chorwaci, Islandczycy czy Duńczycy - wszystkich będzie piekielnie trudno przejść. Ale my się ostatnio specjalizujemy w piekielnie trudnych zwycięskich meczach. Dopóki piłka w grze a trener Wenta ryczy przy linii nie ma dla Polaków rzeczy niemożliwych.
sobota, 23 stycznia 2010
Never underestimate the heart of a champion.
Mając cztery bramki w plecy i bodaj ze trzy minuty, co zrobisz? Ten remis jest ważniejszy niż ewentualna łatwa (hahaha) wygrana. Bo pokazała, że mamy charakter, że nie pękamy, gdy w zasadzie mecz jest już przegrany. Przekonali się o tym Norwegowie, teraz przekonali się Słoweńcy. Na dodatek ten remis nic nas nie kosztował w tabeli - Hiszpania też zremisowała z Francją. Z drugiej strony jasne - lepiej byłoby mieć ten punkt więcej i na dzień dobry prowadzić w grupie. Tylko nic by to nie zmieniło - jednych i drugich trzeba byłoby ograć tak samo. A tak zamiast wrażenia, że jesteśmy niezatapialni wiemy, że pod wodą też umiemy pływać. Chyba tak lepiej. Mecz nam nie wyszedł, Słoweńcy zaskoczyli nietypową obroną a sami przysnęliśmy zbyt wiele razy podczas powrotu po zdobytej bramce. Nauczka się zapewne przyda, teraz z bieganiem powinno być lżej, bo gramy co cdrugi dzień. Martwi mnie tylko "mecz o wszystko" (niezależnie od tego co się będzie działo po drodze pewnie i tak będzie o wszystko) - z Francją gramy jako pierwsi nie znając wyników. Z drugiej strony trzeba wtedy zap.... przez 60 minut, co może i będzie lepsze od wiedzy na co możemy sobie pozwolić. Ale komfort psychiczny by się przydał, no chyba, że komfortem będzie 7 punktów na koncie przed tym meczem. Przecież ostatnio awansowaliśmy startując z okrągłym jajem, też mamy świadomość, że porażka nam nie musi przeszkodzić. A póki co jutro trzeba ograć Hiszpanów. No co, z każdym kiedyś trzeba wygrać pierwszy raz.
czwartek, 21 stycznia 2010
Bez dwóch zdań, ten facet jest jak wino, im bardziej doświadczony (starszy? bez jaj) tym lepszy. Tym bardzo, bardzo lepszy. Meczu z Niemcami nie widziałem i żałuję. Tym bardziej, że mecz ze Szwedami już obejrzałem i jeśli tak wygląda nasza normalna gra na tych mistrzostwach, to ok, dawać kogokolwiek - przegryziemy, przeżujemy i popijemy szampanem. Sławek Szmal jako nacierający goryl (a'la fota powyżej) jest w stanie zdeptać każde morale przeciwników. Ale jeśli Szmal jest królem swojego 6mx6m, to ma też brata, który włada trochę większym królestwem po tamtej stronie linii środkowej.
Do wczoraj nie wiedziałem, kto to w ogóle jest Tomasz Rosiński. Od wczoraj wiem, że gdzieś tam w domu Grzegorz Tkaczyk ogląda mecze reprezentacji i z uznaniem kiwa głową. Absolutny debiutant na takiej imprezie, młoda siksa (jak na tę kadrę) a jechał ze Szwedami aż miło. W pewnym momencie 6/6 z gry i pewnie parę asyst (oficjalna strona serwuje jakieś żenujące statystyki, nawet nie wiadomo ile). Wielkie brawa. Gdy zrobiło się niewesoło swoje pokazał też Michał Jurecki aplikując Szwedom trzy gole z rzędu redefiniując pojęcie bramki oględnie mówiąc "z d... wziętej". Konkretnie z prawej połówki tejże. Swoje zrobili też wszyscy pozostali. Lijewscy, Jaszka, Siódmiak, Bielecki, Kuchczyński i cała reszta. Swoje zrobił też tradycyjnie Bogdan "proponuję, żebyśmy zagrali podwójną krzyżówkę" Wenta. Propozycja przyjęta. Teraz czeka nas dzień odpoczynku a potem Słowenia. Cichociemna ekipa, co ustrzeliła Szwedów i zremisowała z Niemcami. Może więc ten najtrudniejszy mecz dopiero przed Polakami. Ostatnio daliśmy radę awansować do półfinałów wchodząc do drugiej rundy z okrągłym jajem, teraz już jakieś punkciki będą. Nasza grupa wydaje się łatwiejsza (ale ja się nie znam) - Francuzi będą najgroźniejsi, Hiszpanie pewnie nie mniej, ale to chyba i tak nic w porównaniu do tego co jest w drugiej połówce rozegrania tabeli: Chorwaci, Islandczycy (nie zapomnimy Pekinu...) czy Duńczycy. ME to istne piekło. Skoro w kopanej nie ma łatwych meczów, to co powiedzieć tutaj? I jak to jest, że raz na rok w styczniu cała Polska jest szczypiorfanami, panowie przywożą medale z MŚ a potem dyscyplina zapada w sen zimowy? Nawet w plebiscycie Przeglądu Sportowego obecność piłkarzy ręcznych jest śladowa - zostali drużyną roku po srebrnym medalu, Bogdan Wenta został trenerem roku (wreszcie!) po brązowym medalu. A reszta? Gdzieśtam, kiedyśtam Grzegorz Tkaczyk wpadł do dziesiątki, w tym roku Sławek Szmal był nominowany i tyle. A należy się chłopakom, należy.
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Przez chwilę było cicho, bo i wyniki były powiedzmy takie sobie. Zima stulecia po krótkiej odwilży powraca ze zwiększoną mocą.
Justyna wygrała w wielkim stylu Tour de Ski, nie zważając na upadki na trasie ani na masakryczne 30% podejścia pod górę. Padła wykończona na mecie końcami nart dotykając niemal samej kreski, ale wysiłek się opłacił. 400 punktów, kupa kasy, kolejny prestiżowy tytuł. Do tego trener Wierietelny ciągle twierdzi, że to przecież jeszcze nie jest optymalna forma. To co się stanie gdy ona już przyjdzie? Czy już można mówić, że Kowalczyk jest naszą nadzieją na całe stado medali? Niejaki Małysz Adam, dożywotni chyba mistrz Polski, po zjeździe w dół w TCS jakby trochę odbudował się w Ramsau. Loty zawsze były dobrym wyznacznikiem jego formy, bo jak mu nie szło to tym bardziej w lataniu. Tym razem dwa pewne miejsca w dziesiątce, do tego w niedzielę pięciu Polaków w 30, to całkiem niezły wynik naszej kadry. Martwi tylko forma (?) Kamila Stocha. Szkoda naprawdę chłopaka, tak dobrze już ten sezon wyglądał. Chyba, że to chwilowe obniżenie formy przed szczytem w Kanadzie, czasami przecież tak się dzieje. Byle tylko w psychice nie został ślad, że przecież nie wychodziło... Obudził się także Tomek Sikora. Wiadomo, że jak trwoga to do Oberhofu - tam wyniki będą zawsze, choćby nie było śniegu i trzeba było strzelać z lewej ręki procą. Wygląda na to, że bieg masowy to wciąż to, co Tomkowi wychodzi najlepiej i uważam, że na IO to właśnie bieg na 15km powinien być największą szansą Tomka na medal. Z pozostałych aren - Katarzyna Bachleda-Curuś 11. na wielobojowych ME, do tego dwie pozostałe nasze zawodniczki na 14. i 15. miejscu. Wynik przyzwoity a ponieważ to wielobój to na jakimś dystansie może Kasi przydarzyć się dzień konia i na IO może punktowane miejsce uda się zająć. Paulina Ligocka 6. w PŚ w halfpipe. Poza tym niewiele się dzieje a przynamniej niewiele słychać o naszych reprezentantach. Póki co nasze asy ciągną w górę i oby tak zostało do końca lutego.
wtorek, 29 grudnia 2009
Nie bardzo mam wenę się rozpisywać, bo wszędzie pełno podsumowań przecież. Ale jak się człowiek zastanowi, to miniony rok sportowo był naprawdę przedni.
Niestety były także i wpadki:
Jakby nie patrzeć, mało tego i dziwnym zbiegiem okoliczności głównie w jednej dyscyplinie... Ponieważ w przyszłym roku kadra piłkarzy nie gra o nic ważnego jest szansa, że ta lista się skróci. Kubica też może przeskoczyć do plusów. Tak samo pływacy. W drugą stronę podążyć może każdy z listy plusików, ale pewniaków (czyli przypadkowych mistrzów) do takiej drogi nie widać. Na szczęście. To naprawdę był dobry rok. I co najmniej takiego samego, z podobnymi emocjami i wynikami naszych reprezentanów sobie i Wam życzę. PS. A przy okazji, żeby nie było zbyt pompatycznie: http://euro2008.blox.pl/2009/12/Rok-2009-wedlug-Watts-Zap.html :)
poniedziałek, 07 grudnia 2009
Czyli tak zwany Polish medal watch. Zima nam się niepostrzeżenie zaczęła, Małysze zaczęły latać, Sikory strzelać i Kowalczyki biegać. Zaczęły z naprawdę niemal niespotykanym wcześniej pozytywnym skutkiem. Będzie zima stulecia?
Najwięcej oczywiście o skokach. W ten weekend to nie Małysz zamieszał najbardziej. Bo co to tam jakieś kolejne podium, to wręcz obowiązek nie? W ten weekend rządziła młodzież. Stoch 20. i 7., Miętus 21. i 12., Bachleda 27. i 15., Małysz 3. i 8. Mamy kadrę? Mamy. Czyżby brak Adama tak pozytywnie wpłynął na pracę reszty Polaków? W drugim konkursie niemal przecierałem oczy ze zdumienia. Małysz już mnie przed TV nie przyciąga, oni zdołali mnie zatrzymać na obie serie. Nie mogło być lepszego momentu na taki wyskok formy. Małyszomania się kończy, Adam skacze ostatni sezon, potem daj Boże zajmie się komentatorką (rewelacyjny był w Kuusamo), nie było widoków na zainteresowanie skokami, bo nie byłoby się kim interesować. Teraz jakby jest iskierka nadziei. Sezon olimpijski to dobry moment, żeby "ta cała reszta" w końcu uwierzyła w siebie i zaczęła skakać tak jak potrafi. Przecież na MŚ prawie wyskakali medal w drużynie. Sumując wyniki indywidualne z ostatniego konkursu czwórka Polaków drużynowo byłaby najlepsza. Potem biathlon. Tomek Sikora jeszcze w kratkę, jeszcze nie biega zbyt dobrze. Z jednej strony to napawa niepokojem, bo on zazwyczaj trzymał równą formę przez cały sezon. Miejmy nadzieję, że dogoni czołówkę podczas przerwy świątecznej. Na drugim biegunie kolejna młodzież szturmująca przody czyli nasze panie. Agnieszka Cyl (Grzybek) i Krysia Pałka zaczęły sezon mocno. Biegają co namniej znośnie, zwłaszcza Cyl zrobiła niemal siedmiomilowy skok od zeszłego sezonu, strzelają przyzwoicie i wyniki całkiem obiecujące są. Może i do pierwszej dziesiątki jeszcze brakuje, ale sztafeta ma się dobrze, Polki zajęły siódme miejsce, przed Norweżkami, nawet mimo zawalonej zmiany przez Weronikę Nowakowską (z której jeszcze będzie pociecha, jak tylko ogarnie strzelanie, bo biega naprawdę szybko). To jest nasza siła i medalowa szansa w Vancouver. Justyna Kowalczyk po zwycięstwie w sprincie i siódmym miejscu na 10km w ten weekend zrobiła sobie przerwę. Jak widać przez lato forma nie uciekła i ma się dobrze, co pozwala mieć spore nadzieje, że i do lutego wytrzyma. Justyna w zasadzie jest naszym najpewniejszym materiałem na medal i to miejmy nadzieję nie jeden. Młode dziewczyny, Kornelia Marek i Paulina Maciuszek niestety indywidualnie dalej biegają słabo, ale może znowu zmobilizują się na sztafetę? Tak zwany peleton póki co w kratkę - Ewelina Staszulonek na razie zjeżdża na saneczkach dość przeciętnie. Marczułajtis i Ligoccy bywają w pierwszych dziesiątkach. Katarzyna Bachleda-Curuś i Konrad Niedźwiecki pobili w Calgary rekordy Polski odpowiednio na 1500m i 1000m, ale to jeszcze za mało, żeby dobić się do top10 w zawodach PŚ. O narciarstwie alpejskim nie ma co wspominać nawet. Mimo to, gdy wszystko wypali, to szykuje nam się zima stulecia. Kowalczyk, Małysz, drużyna skoczków, Sikora, drużyna biathlonistek. Trochę tego jest, zważając, że każda z naszych indywidualnych wielkich postaci będzie miała po kilka szans. Wystarczy, że każdy z nich zdobędzie po jednym medalu a zima stulecia stanie się faktem.
piątek, 27 listopada 2009
Pierwsza runda Euroligi dobiegła końca. Polskie ekipy radzą sobie różnie, nawet skrajnie różnie. A najlepiej radzi sobie ta, której w ogóle w Eurolidze miało nie być.
Przypomnijmy. 4 kwietnia 2009 roku Wisła przegrywa trzeci mecz półfinałowy PLKK z Lotosem i nie wchodzi do finału. Już wtedy było praktycznie przesądzone, że w Eurolidze Polska dostanie tylko dwa miejsca i dla Wisły zapewne braknie miejsca. Prezes Miętta-Mikołajewicz jeszcze walczy o dziką kartę, ale bezskutecznie. Na sezon 2009/10 Wiślaczki przygotowują się do gry w Pucharze FIBA, montując jak na ten puchar bardzo mocny skład i otwarcie mówią o awansie do czołowej czwórki. Ekipę wzmacniają Liron Cohen i Janell Burse - pierwsze z nawiązką ma załatać dziurę na rozegraniu po Jelenie Skerović, druga znacząco wzmocnić siłę podkoszową. 19 października pod Wawel dociera jednak zaskakująca wiadomość - CSKA Moskwa oficjalnie rezygnuje z gry w Eurolidze ze względów finansowych. FIBA jako zastępstwo tej drużyny wybiera właśnie Wisłę - tym sposobem w Eurolidze zagrają trzy polskie ekipy. Skład jednak jest już zamknięty, trener Hernandez musi dać sobie radę w najlepszej klasie rozgrywkowej dowiadując się o tym na tydzień przed startem rozgrywek. Na dzień dobry Krakowianki jadą do wicemistrza Euroligi, poprzedniej drużyny swojego trenera - Salamanki. I po dobrym meczu wygrywają na gorącym hiszpańskim parkiecie. W następnej kolejce do Krakowa przyjeżdża silny Pecs i do domu wraca na tarczy. A Wisła grając różnie - raz lepiej, raz gorzej - po pierwszej rundzie jest wyjątkowo skuteczna. Po pierwszej rundzie drużyna, której w ogóle miało nie być w Eurolidze ma bilans 5-0. Fenomen? Owszem - patrząc na grę Wisły w PLKK wydaje się, że są to dla nich niesamowite męczarnie. Zwłaszcza na początku trener Hernandez nie mógł dobrze poukładać gry z obowiązkowymi dwiema Polkami na parkiecie. Efekt - trzy porażki i dopiero czwarte miejsce w tabeli. Ale w Eurolidze ograniczeń nie ma. W Eurolidze jest pożytek ze sprowadzonej z Gorzowa Katii Zohnovej, więcej minut gra Burse, która w lidze głównie czas spędza na ławce, bo trener ma wybór praktycznie tylko wśród wysokich Polek. To ona uratowała skórę Wiślaczkom w ostatniej kolejce - mimo kiepskiej gry zespołu dzięki 31 punktom Janell Wisła pokonała chorwacki Gospić - najsłabszą drużynę w swojej grupie. Szczęście? Owszem - Wisła zajęła miejsce najsilniejszej drużyny w swojej grupie. Nie ma przez to na tym etapie sprawdzianów pokroju UMMC, Spartaka czy Walencji. Ma to wielkie znaczenie jeśli chodzi o rozstawienie w play-off - w tym sezonie pary 1/16 są ustawiane wg jednej, wspólnej tabeli dla wszystkich grup (4 pierwsze ekipy wychodzą z grupy, w ogólnej tabeli są ustawiane wg bilansu a potem stosunku małych punktów) i różnica 1 zwycięstwa może oznaczać 4-5 miejsc różnicy w rozstawieniu. Teraz Wiślaczki mają szansę na wyjście do fazy pucharowej z pierwszej czwórki, co dałoby przewagę własnego parkietu nawet w ćwierćfinale. Tam przydałoby się dostać, może wtedy przy odrobinie szczęścia FIBA pozostawi Polsce trzecie miejsce na przyszły sezon? Z przykładu Wisły nie bardzo chcą/mogą skorzystać pozostałe dwie nasze drużyny. Po pierwszej rundzie oba mają ujemne bilanse - Lotos 2-3, AZS 1-4. Lotos nie wyrównał rachunków z Fenerbahce, dał się ograć w Brnie i wczoraj po pięknej acz nieskutecznej walce uległ Spartakowi. Pokonał tylko dwie ekipy słabsze od siebie. Z Turczynkami i Czeszkami zagra w drugiej rundzie u siebie mając dodatkowo wsparcie w postaci Tamiki Catchings, która przyjeżdża nad morze w styczniu. 4 zwycięstwa dałyby dobry bilans gdzieś w okolicy poniżej środka szesnastki. Znacznie trudniej ma AZS, który gra dokładnie odwrotnie niż Wisła - w lidze szaleje i wygrywa wszystko co się da, w Eurolidze zaś okazuje się, że zaciąg zagraniczny jest zbyt słaby. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby nie wzięta z "wyprzedaży" w CSKA Ludmiła Sapova. W klubie pojawiają się pierwsze pogłoski o wzmocnieniach pod choinkę, być może kosztem Sidney Spencer, która zdecydowanie zawodzi jako liderka zespołu. Szanse na awans AZS jednak ma dzięki bardzo wyrównanej grupie i nawet tylko 2 zwycięstwa mogą dać im awans do play-off. Gdyby wszystkie trzy polskie drużyny wyszły z grup PZKosz miałby solidny argument na przyszły sezon. Reasumując, jak na razie w Eurolidze polskie zespoły wygrały w sumie połowę swoich spotkań. To mimo wszystko niezły wynik, choć zawsze mogło być lepiej. Jest szansa poprawić się w rundzie rewanżowej i awansować do play-off a tam wszystko jest możliwe.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Za wspomnienia z Katowic, za emocje z finałów ligi w końcówce lat 90tych, za trzymanie reprezentacji w kupie jeszcze długo po tamtym złocie.
Bardzo miła uroczystość (wynika z fotek) odbyła się wczoraj na ŁKSie (galeria tutaj). Dwie bardzo, bardzo zasłużone reprezentantki naszego kraju, mistrzynie Europy z 1999 roku, olimpijki z Sydney i multimedalistki mistrzostw Polski oficjalnie pożegnały się z graniem na boiskach.
A skoro już przy koszu jesteśmy... Tak wiem, notek brak ze względu na niemoc twórczą w połączeniu z niedoborem czasu. Ale liga ma się dobrze. Bezbłędny Gorzów, coraz lepszy Lotos, coraz lepsza Wisła, wciąż solidne Polkowice. W Eurolidze Wisła 3-0, Lotos 2-1, Gorzów 0-3. Dziwne, patrząc na bilanse w lidze. Ale widać AZS płaci cenę za granie na najwyższych obrotach dwa razy w tygodniu. Wisła bez ograniczeń w postaci Polek radzi sobie znacznie lepiej a i Janell Burse i Iziane Castro-Marquez póki co zdają egzamin. Lotos ciągle miewa wzloty i upadki, w lidze często się męczy, w Eurolidze też, ale jakoś jest na plusie. Shameka Christon godnie zastępuje Alanę Beard, która na razie (jeszcze) nie gra tego, czego od niej należy oczekiwać. W styczniu powróci Tamika Catchings i Lotos pewnie będzie znowu bardzo mocny. W Gorzowie też odgrażają się, że w styczniu będą roszady i raczej być tak musi, jeśli AZS marzy o ponownym występie w finale. Za nami 10 kolejek i już małe podsumowanie by się przydało, ale o tym następnym razem. Stwierdziłem, że formuła notkowania o koszu jest trochę rozwlekła, więc mam koncepcję zmian - jak ktoś czytuje Murowanie z Cegieu, to powinien się odnaleźć :) Stay tuned. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Oficjałki
Tu warto klikać
Wygląd zasila
|